wtorek, 29 października 2013

Rozdział II ,,Szukajac winnego".



          

         - Myślisz, ze szybko się wybudzi?
         - Lekarze mówili, że nic poważnego jej nie zagraża.
         - A grać? Będzie mogła?
         - Przez najbliższy miesiąc nie, ale później…
         Do moich uczy dotarł dźwięk dialogu miedzy dwoma osobami. Nie bardzo wiedziałam kto mógł być właścicielem tych słów, choć oba głosy były mi bardzo znane. Chciałam otworzyć oczy, ale powieki nadal były za ciężkie. W chwili gdy drugi chłopak przerwał swoją wypowiedź usłyszałam dźwięk otwieranych się drzwi, a już po chwili charakterystyczne kroki, które byłam w stanie poznać wszędzie.
         - Wybudziła się? – zapytał mój przyjaciel. Dopiero, gdy poczułam materac zaginający się pod jego ciężarem zorientowałam się, że leżę na jakimś łóżku.
         - Nie, niestety nie – odparł niższy głos. Teraz byłam pewna, ze należał on do Toma, a przy okazji mogłam obstawić, ze ten poprzednim rozmówcą był Dominic.
         Poczułam czyjeś ręce na mojej dłoni, tak zimne, że wzdłuż kręgosłupa zmierzył mnie dreszcz. Gwałtownie otworzyłam oczy. Jasność, jaka dotarła do moich oczu, nie pozwoliła mi nic zobaczyć. Musiałam zamrugać kilka razy, żeby ostrość wzroku wróciła do normy.
         Spojrzałam najpierw na moja rękę obejmowana przez Daniela, który siedział na łóżku, na którym leżałam. Za nim zobaczyłam Dominica i Tommy’iego. Korzystając z okazji, że żaden nie zauważył, iż się obudziłam rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałam. Podłoga i ściana były w kolorze białym, gdzieniegdzie pobrudzonym. Znajdowały się tu trzy łóżka. Ja zajmowałam środkowe, pozostałe dwa były puste. Obok każdego z nich stała szafka nocna w kolorze turkusowym. Dalej jakieś sprzęty, o których nazwie nie miałam pojęcia. Szybko zorientowałam się, co to za miejsce, i zaczęłam się zastanawiać, jak to się stało, ze wylądowałam w szpitalu.
         - Caroline! – zawołał Daniel unosząc delikatnie kąciki ust do góry. – Jak się czujesz? Boli cię cos? Może ci coś przynieść?
         Spojrzałam na niego i wbrew woli zachichotałam. Uwielbiałam tą troskę w jego oczach, to naprawdę miło z jego strony, ze go tak obchodzę. A zwłaszcza, ze poza nim i reszty chłopaków z drużyny nikogo nie miałam.
         - Wszystko w porządku – szepnęłam, podpierając się na rękach i układając do pozycji siedzącej.
         Dominic i Tom podeszli bliżej łóżka. Oboje wyglądali jakby nie spali całą noc. Ciemne włosy Nicka, które zawsze były zadbane, tym razem sterczały w wszystkie strony, a czarne oczy przykrywały zmęczone powieki. Słomiane włosy Tommy’iego natomiast  tworzyły artystyczny nieład, a szare oczy były lekko zaczerwienione.
         - Caro, tak się o ciebie martwiliśmy..
         - Naprawdę nic mi nie jest – posłałam im szczery uśmiech. – Ale powiedzcie mi, długo tu jestem?
         Zmieszany Tom spojrzał na Dominica, a ten na Daniela, który przewracając do nich oczami obrócił się w moją stronę.
         - Nic poważnego ci nie jest. Leżysz tu od wczoraj, gdy ten… - wypuścił powietrze odwracając wzrok. – No wiesz, ten z tego zespołu, z którym graliśmy…
         - Harry – powiedziałam cicho, za co otrzymałam trzy pytające spojrzenie.
         - Harry.. – powtórzył Daniel powoli, jakby z niechęcią.  – Ma szczęście, ze nic wielkiego ci się nie stało, bo przysięgam, ze jakbym…
         - Daniel, daj spokój – upomniał go Nick. – Gościu nie zrobił tego specjalnie przecież.
         - To gdzieniegdzie moja wina – westchnął blondyn, nie zwracając uwagi na słowa przyjaciela. – Ja kazałem ci go kryć..
         - Daj spokój, przecież to nie twoja wina – powiedziałam i widząc tryumfalny uśmiech na jego twarzy, dodałam: - Ale Harry’ego też nie.
         Uśmiech blondyna powoli zanikał.
         - A tak właściwie, to dalej nie wiem co mi się stało – stwierdziłam, po chwili ciszy.
         - Wiesz, to było trochę jak w spowolnionym tempie – zaśmiał się Tom.
         - Po prostu ty i ten chłopak skoczyliście w tej samej chwili, tyko, ze on do tego wypchnął się do przodu – wytłumaczył Nick. – I tak jakby wleciał na ciebie, ty upadłaś na podłogę i straciłaś przytomność.
         - Gdyby ten kretyn nie pchał się tak na ciebie nie leżałabyś tu teraz – wtrącił się poirytowany Daniel.
         Spojrzałam na wszystkich trzech wielkimi oczami.
         - To co mi jest?
         Blondyn odkaszlnął i już otwierał usta, by mi odpowiedzieć, gdy drzwi do mojej sali otworzyły się i stanął w nich wysoki brunet. Przejrzał chłopaków wzrokiem, po czym spojrzał na mnie, swoimi hipnotyzującymi zielonymi oczami. Uśmiechnął się delikatnie ukazując dołeczki w policzkach.
         - Hej, nie przeszkadzam? – zapytał robiąc parę kroków do przodu.
         - Nie.
         - Tak – powiedział Daniel, podczas gdy reszta zaprzeczyła.
         W pomieszczeniu zapanowała głucha cisza. Patrzałam na lekko zdezorientowanego Harry’ego i przeszywającego go wzrokiem Daniela. Nick i Tommy patrzyli to na jednego, to na drugiego.
         - Nie – powiedziałam mocno i powoli. – Nie przeszkadzasz.
         Brunet uśmiechnął się i wyjął zza pleców bukiet złożony z moich ulubionych, żółtych tulipanów. Tymczasem Daniel spojrzał na mnie wzrokiem, którego nie umiałam określić, ale na pewno nie należał do tych dobrych.
         - Przyszedłem zobaczyć jak się czujesz – powiedział, podchodząc do mnie z drugiej strony, tak, ze stał naprzeciw chłopaków z mojej drużyny. – I jednocześnie przeprosić.
         Spuścił wzrok. Widać było, ze żałuje tego, chociaż według mnie był to zwykły przypadek, za który nawet nie musiał przepraszać. Harry postawił kwiaty do pustego wazonu leżącego na szafce nocnej.
         - Nic się nie stało przecież – zaśmiałam się.
         - Stało – wyszeptał Daniel patrząc wprost na niego. – Przez ciebie ma wstrząs mózgu, człowieku!
         Spojrzałam na mojego przyjaciela, i mimo, ze go kochałam (po przyjacielsku) to teraz mogłabym go udusić bez żadnych skrupułów. Rozumiałam, ze się o mnie troszczył, ale jego zachowanie było naprawdę nie w porządku.
         - Wstrząs mózgu? – zapytałam z rozbawieniem. – A pamiętasz taki rok, w którym go nie miałam?
         Szczerze nie przejęłam się tym, że mam wstrzał mózgu. Zdarzało mi się to naprawdę często, tak samo jak połamanie ręki czy nogi. Zazwyczaj był on na tyle lekki, ze przez miesiąc musiałam wygodnie leżeć sobie w łóżku, żeby wszystko wróciło do normy.
         - To nie jest śmieszne, Caro – powiedział z śmiertelna powagą blondyn, patrząc to na mnie to na Harry’ego. – Rozmawiałem z lekarzem. Mówił, ze miałaś wielkie szczęście, ze doznałaś tylko lekkiego wstrząsu. Gdy mu powiedziałem, ze to już nie pierwszy raz, że przez koszykówkę trafiłaś do szpitala, kazał mi mieć na ciebie oko, bo następnym razem może być o wiele gorzej.
         - Mieć na mnie oko?
         - Tak, Caroline. Nie pozwolę na to, żeby coś ci się stało.
         Spojrzałam na niego z poirytowaniem. Byłam już prawie dorosła, nikt nie miał prawa mnie kontrolować, bo przecież sama potrafiłam o siebie zadbać.
         - Nie możesz zabronić mi grać w koszykówkę!
         - Spokojnie, Caro – usłyszałam głos Toma. – I tak nie możesz przez najbliższy miesiąc grać. Zastąpimy cię kimś, ale potem wrócisz, jak zawsze..
         - Nie zabraniam ci – powiedział blondyn. Spojrzał na Harry’ego i mocno zacisnął moje dłonie w swoich, zmieniając ton na troskliwy. – Próbuję tylko ci powiedzieć, ze jeżeli jeszcze raz coś ci się stanie, będę zmuszony wykluczyć cię z zespołu. Dla twojego dobra, Caroline..
         Wytrzeszczyłam na niego oczy. Dominic i Tom też spojrzeli na niego z zaskoczeniem. Przez chwilę myślałam, ze to śmieszny żart, ale Daniel mówił poważnie.
         - Dla jej dobra, to powinieneś się trzymać od niej z daleka – szepnął Harry przez zaciśnięte zęby.
         Byłam przekonana, ze Daniel odszczeknie mu, jak to w jego zwyczaju. Ale on tylko zmrużył oczy, kierując wściekły wzrok na Harry’ego. Ten tylko posłał mu tryumfujący uśmiech.
         - Zadzwonię do ciebie jutro – mruknął do mnie i bez słowa wyszedł z pomieszczenia, jeszcze raz posyłając Danielowi ten sam uśmiech – tryumf i zemsta. Coś mi tu nie pasowało.
         


----------------

Hej :) 
Nie wiem czy ktos to czyta, ale jeśli tak to czy moglibyscie pozostawic po sobie komentarz? To bardzo motywuje :)
Dzięki ! :D

piątek, 25 października 2013

Rozdzial I ,,Zawody; o początku końca".




         - Wygramy – poczułam ciepły oddech Daniela na swojej skórze. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się: przecież wiem.
         Szliśmy właśnie w kierunku wielkiej hali. Ramie w ramie stawiałam kroki z moim przyjacielem. Znaliśmy się od dziecka. Pamiętam go jeszcze jako małego, grubego chłopaka, który boi się ciemności. A teraz? Teraz mimo, że nie jest strasznie wysokim, za to muskularnym osiemnastolatkiem, o niesfornych jasnych włosach i niebieskich oczach, w których każda kobieta mogła utonąć. Wiedziałam, ze podkochiwał się we mnie, ale jasno dawałam mu do zrozumienia, ze nie jestem zainteresowana nim, ani żadnym innym chłopakiem. Koszykówka mi go zastępowała.
         Cała moja drużyna była gotowa do meczu, a raczej bitwy jak to nazywaliśmy. Byłam jedyna dziewczyną w drużynie, nasz zespół zaliczał się do tych z grupy męskiej, ale wszyscy przyzwyczajeni już byli, ze gra w nich dziewczyna. Oczywiście miałam już na sobie nasze stroje: krótkie zielone spodenki, z białymi paskami na bokach, sięgały mi do kolan, odsłaniając moje kościste łydki. Bluza była mi za duża – również tego koloru co spodenki, tyle, ze zamiast pasków miała napisane na tyle ,,BT Caroline Flower”, a pod tym duża cyferka 7.  Chłopcy mieli te same stroje, tylko z innym nazwiskiem i numerkiem. Za mną i Danielem szła reszta drużyny, a więc Tom, Brian i Dominic. Byliśmy jak wielka rodzica. Oni jak duże dzieci,  którymi ja miałam się zajmować.
         Dzisiejszy mecz rozgrywaliśmy z niezawodowcami. Ponoć to jakaś piątka chłopaków z słynnego zespołu, o którym ja osobiście też trochę słyszałam. Grali na cele charytatywne i pewnie myśleli, ze przez to damy im wygrać. Nic z tych rzeczy – nasza drużyna miała swój honor i dumę i nie poddawaliśmy się bez walki.
         Gdy weszliśmy na hale od razu powitały nas krzyki i oklaski. Zebrało się naprawdę sporo ludzi jak na zwykły pojedynek. Uśmiechnęłam się do naszych kibiców przyjaźnie, zanim spostrzegłam, że to nie dla nas przygotowali te powitanie. Ich wszystkie twarze skierowane były w inną stronę, a mianowicie, w stronę, w której w tym samym czasie co my, weszła piątka chłopaków.
         - Nick, widzisz tego z numerem 9? – zapytał Daniel, wskazując na mulata z przeciwnej drużyny. Dominic skinął głową. – Jest twój.
         ..Jest twój” takim określeniem Daniel przypasowywał każdemu z naszej drużyny, chłopaka za którego ma być odpowiedzialny, czyli prościej: nie dopuszczać go do piłki.
         Tym sposobem Dominic dostał mulata, Tom blondyna, Brian chłopaka o orzechowych oczach.
         - Ja biorę szóstkę – oznajmił Daniel, rzucając wzrok na bruneta o niebieskich oczach. – Caro, twoja jest dwójka.
         Spojrzałam na chłopaka, który na plecach niebieskiej koszulki miał wyszytą dużą dwójkę. Przejrzałam go od stóp po głowę. Był potężnej budowy, całkiem przystojny, o  kędzierzawych, ciemnych włosach, które sterczały mu we wszystkie strony oraz o zielonych oczach. Miał duże ręce, wydawał się najniebezpieczniejszy z całej drużyny.
         - Chyba żartujesz – rzuciłam oskarżycielskim tonem.
         ,,Dwójka” był najwyższym chłopakiem z ich drużyny, a ja, niemość, ze dziewczyna, to jeszcze strasznie drobna. Już nawet Danielowi, który był średniego wzrostu byłam za małą o głowę.
         - Wiem, że sobie poradzisz – zaśmiał się leniwie blondyn, za co lekko go popchnęłam uśmiechając się jadowicie.
         W tym momencie na środek podszedł wąsaty mężczyzna w podeszłym wieku, trzymający w jednej ręce mikrofon, w drugiej – notes.
         - Pragnę przywitać obie drużyny, które nas dzisiaj zaszczyciły – powiedział zaglądając w notes. – Powitajmy zespół One Direction z Londynu oraz drużynę Big Team z Greenwich.
         Na hali rozbiegły się donośne okrzyki i oklaski. Spojrzałam na naszych rywali. Stali spokojnie, uśmiechając się i żartując z czegoś. ,,Dwójka” odwróciła się do mnie tyłem, tak, ze przymrużając oczy mogłam dostrzec mały napis ,,Harry Styles”. Więc Harry. Słyszałam głos mężczyzny wywołujący i przedstawiający sędziów, ale jakoś nie bardzo mnie to interesowała, więc nadal skupiałam się na naszych rywalach. W pewnym momencie blondyn z ich drużyny szepnął coś Harry’emu, na co ten odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął. Szybko odwróciłam wzrok czując jak oblewam się rumieńcem, więc, żeby jakos to ukryć wdałam się w rozmowę między moją druzyną.
         Po kilku minutach mężczyzna wywołał nas na środek prosząc do siebie kapitana z każdej drużyny. Z naszej poszedł oczywiście Daniel, u nich, jak się spodziewałam, Harry. Chłopcy podali sobie dłoń, niby normalnie, ale widziałam jak Daniel patrzy się na loczka, przyszywając go spojrzeniem. Nasza drużyny rozstawiła się już po hali, podobnie jak nasi przeciwnicy. Tylko Daniel i Harry pozostali na środku, oboje wyciągając do góry prawą rękę. Mężczyzna coś im szepnął, po czym odwrócił się w stronę sędziów. Usłyszeliśmy gwizdek i piłka strzeliła w powietrze. Odbił ją Daniel, mimo, ze być niższy od bruneta. Przechwycił ją Tom, który sprawnym ruchem zaczął biec, kozłując ja, w stronę kosza przeciwników. Reszta zespołu zrobiła to samo. Daniel skoczył do trumny dostając szybką piłkę od Tommy’iego, i robiąc dwutakt rzucił w górę. Piłka przeturlała się po czerwonej obręczy wpadając prosto do kosza.
         Usłyszeliśmy kolejny gwizdek. Plazma na ścianie pokazywała 2-0. Zaczynało One Direction. Mulat podał do blondyna, który mimo uważnego krycia przez Toma, zmylił go i ruszył przed siebie. Chciał podać do Harry’ego, ale nie udało mu się, bo wyskoczyłam przed niego i złapałam piłkę. Kozłowałam, omijając loczka i puściłam ją do Daniela. Ten podał Brianowi, który stal przygotowany przed trumną. Chłopak chciał zrobić dwutakt, ale zablokował go mulat. Z konieczności podał do tyłu Dominicowi, który nie wykonując żadnego ruchu nogami, szybko oddał ją mnie. Niestety, byłam za niska żeby ja uchwycić i zamiast tego dostał ją Harry, który wykonał szybki obrót i zaczął biec w przeciwna stronę. Nie mogłam dopuścić do kosza z ich strony, dlatego wykorzystałam zdolności mojego szybkiego biegu i wparowałam przed chłopaka, popychając go. Ten upadł na ziemie, a w tej samej chwili dobiegł mnie dźwięk gwizdka. Sędzia podbiegł do chłopaka, przedtem obsypując mnie wrogim spojrzeniem. Z racji musu, podeszłam do Harry’ego, który zdążył już dojsć do pozycji siedzącej i podałam mu rękę, bełkotając jakieś przeprosiny. Spodziewałam się, ze pośle mi jakieś wrogie spojrzenie lub nie przyjmie ręki ( ja bym tak zrobiła ), ale zamiast tego pozwolił sobie pomóc i uśmiechnął się łobuzersko.
         - Nic się nie stało – szepnął wpatrując się w moje oczy.
         Oczywiście nie obeszło się bez kary. Na szczęście nie było to blisko kosza, więc Harry musiał podać piłkę bliżej ich kosza, niż naszego. Znowu gwizdek i piłka wyleciała do chłopaka o orzechowych oczach, który sprawnie myląc Briana podał ją do blondyna. Ten kozłując przez połowę boiska rzucił ją do przodu. Złapał ją mulat, który dokończył plany kolegi i skacząc jeszcze przed trumna rzucił do kosza, z miejsca z trzy punkty.
         Czerwona tablica pokazywała 2-3.
         Sędzia zagwizdał i wręczył piłkę Danielowi, który zaczynając podał ją mnie. W lewej strony grasował Harry, który nie ustępował mnie na krok, więc nie miałam możliwości biegu. Oddałam piłkę Tommy’iemu, który sam do mnie podbiegł.
         - Zacięta gra, prawda? – usłyszałam głos loczka. Odwróciłam się w lewo i spojrzałam do góry (tak, był bardzo wysoki jak dla mnie). Szybko jednak zrozumiałam, że chce mnie zagadać, bym zapomniała o grze. Ale nie udało mu się. Zignorowałam go i podbiegłam pod trumnę, czując jak on biegnie za mną. Daniel, stojący po drugiej stronie zauważył mnie i przerzucił przez boisko piłkę. Musiałam podskoczyć, żeby ja złapać, ale udało się. Odwróciłam się na pięcie i stojąc idealnie pod koszem, rzuciłam piłkę w górę. Gwizdek sędziego zapiszczał, a tablica pokazała nowy wynik: 4-3.
         Poczułam okrzyk Daniela, który poklepał mnie z zadowoleniem po ramieniu. Sama wysłałam Harry’emu złowrogi uśmiech, który raczej mówił i-tak-nie-wygracie. Ten jednak wzruszył ramionami i szeroko się uśmiechnął pokazując białe zęby. Pokręciłam głową i dołączyłam do drużyny.
         Zaczynało One Direction. Harry podał piłkę blondynowi, po czym zaczał biec pod nasz kosz. Ja ruszyłam w przeciwna stronę, tak, ze mniej więcej w połowie boiska prawie zderzyliśmy się. Dzięki mnie brunet musiał ostro zahamować. Ale szybko ominął mnie, a ja pobiegłam za nim. Biegliśmy tak ramię w ramię.
         - Jesteś dobra – powiedział w biegu.
         - Wiem – odpowiedziałam. – Ale daruj sobie, i tak nie damy wam wygrać.
         Zobaczyłam jak trzymający piłkę mulat rzuca ją w naszą stronę. Już miałam podskoczyć do góry, by ja złapać, gdy stojący za mną Harry odbił się, planując to samo co ja. Nie wiem jak to się stało, ale nagle poczułam silne uderzenie w głowę, cały świat zaczął wirować, a moje bezwładne ciało upadło na podłogę. Usłyszałam krzyk Daniela i poczułam czyjeś ręce na mojej twarzy. Chciałam otworzyć oczy, ale moje powieki zdawały być się za ciężkie. Nagle wszelkie głosy ucichły, a cały świat przybrał czarny kolor.


------------------

Hej xx
Mam nadzieję, ze pierwszy rozdział sie podobał :)
Nie wiem czy ktos to bedzie czytać, no ale..
Z góry dziekuje za kazdy pzostawiony komentarz ;)