środa, 27 listopada 2013

Rozdział IV ,,Magiczne miejsce".



- Wesołe miasteczko? – nie wiem czy było to pytanie czy stwierdzenie z mojej strony, ale wiem, że podskoczyłam z radości, gdy moim oczom ukazały się przeróżne kolejki, zjeżdżalnie i stoicka z jedzeniem. Mój entuzjazm skończył się tym, ze uderzyłam głową o sufit czarnego Porshe Cayenne. Spojrzałam na Harry’ego.
         - Powiedzmy, że jest to zadośćuczynienie za twój wstrząs – powiedział lekko rozbawiony moją niezdarnością.
         - Przecież mówiłam, że to nie twoja winna..
         - Dobra – spojrzał na mnie zielonymi, hipnotyzującymi oczami. – Tak naprawdę to tylko pretekst, żeby się z tobą umówić.
         Wyszczerzył zęby w uśmiechu chyba w tym samym czasie co ja.
         - Nie podlizuj się tak, Styles, mam chłopaka – powiedziałam próbując zachować przy tym powagę, ale szybko zaśmiałam się widząc zakłopotaną minę bruneta. – Żartowałam, wyluzuj się.
         - Nie wiedziałem, ze jesteś bardzo przekonująca – zaśmiał się kręcąc głową.
         -Harry, Harry – westchnęłam z teatralnym przejęciem. – Ty jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz.
         Zaśmiałam się cicho, gdy chłopak wyszedł z samochodu. Odpięłam pas. Harry otworzył mi drzwi, a kąciki jego ust powędrowały do góry.
         - Mówiłem ci, że ładnie wyglądasz? – zapytał ukazując dołeczek w policzku.
         - Dwa razy – przewróciłam oczami i wyszłam z samochodu.
         Harry rozszerzył swoje ramie, gestem zapraszając mnie, żebym chwyciła go pod nie. Zaśmiałam się cicho.
         - Jaki z ciebie gentelman – rzuciłam pozwalając mu prowadzić mnie w głąb wesołego miasteczka.
         Kolejki były porozrzucane po wielkim obszarze. Niektóre były małe i wolne, inne wielki i szybkie. Moją uwagę przekuła jednak czerwona kolejka, robiąca kilka pętli. W pewniej chwili zatrzymała się na jednej z nich do góry nogami. Piski ludzi rozebrzmiały po całym wesołym miasteczku, gdy kolejka znów rozpędziła się.
         - To gdzie najpierw? – zapytał Harry.
         - Tam – odpowiedziałam wskazując w centrum miasteczka.
         - Na tę czerwoną?
         Skinęłam głową i nieświadoma chwyciłam go za rękę, by pociągnąć. Szybko jednak się opamiętałam i cofnęłam swoją dłoń, wkładając ja do kieszeni. Lekko zamieszana spuściłam wzrok, ale kontem oka zauważyłam jak Harry się uśmiecha.
         - Idziesz? – zapytał.
         Wyjął swoją dłoń i ułożył ją płasko przed moją kieszenią. Palcami pokazał mi, żebym ją chwyciłam. Niepewnie otoczyłam moja dłoń jego, a jego palce splotły się razem z moimi.
         - Masz zimne ręce – powiedział szczerząc zęby. – Wiesz co to oznacza?
         Westchnęłam cicho i zignorowałam jego pytanie. Kupiliśmy bilety i stanęliśmy w długiej kolejce, która zwiększyła się jeszcze bardziej, gdy tylko ludzie odkryli, ze Harry Styles chce się nią przejechać. Okrążyło nas pełno ludzi. Myślałam, ze nie wytrzymam tych pisków. Dziewczyny błagały o autografy i zdjęcie, przepychały się wzajemnie, an czym ja też ucierpiałam. Zostałam, lekko mówiąc, stratowana przez fanki.
         - Caroline! – zawołał Harry chwytając mnie delikatnie za nadgarstki. – Chodź.
         Szłam za brunetem, podczas gdy on przeciskał się przez tłum fanek, ściskany przez nie. Błysk fleszy totalnie mnie oślepiał. Czułam się jak na czerwonym dywanie. Nie bardzo wiedziałam co się wtedy działo. To wszystko było jak jakiś sen. Nie pamiętał dokładnie jak znalazłam się w jego samochodzie. Wiem natomiast, ze gdy już bezpiecznie w nim siedziałam, pełno nastolatek zaczęło stukać po oknach auta.
         Harry przekręcił kluczyki w stacyjce i nacisnął klakson. Dziewczyny gwałtownie oderwały się od samochodu, dając możliwość, by Styles cofnął. Z piskiem opon ruszyliśmy przed siebie.
         Byłam w szoku. Nie tak to sobie wyobrażałam. Oparłam głowę o szybę i zamknęłam oczy. Czułam wzrok Harry’ego na sobie. Zastanawiałam się o czym teraz myśli. Moje myśli błądziły wokół praktycznie wszystkiego. Cisza ogarniająca pozwoliła skupić mi się na wielu rzeczach, o których dawno nie miałam okazji pomyśleć.
         W pewnej chwili samochód gwałtownie się zatrzymał, wypychając mnie do przodu. W tej chwili dziękowałam, ze ktoś wynalazł pasy bezpieczeństwa. Spojrzałam na Harry’ego. Oddychał szybko, jakby nie docierało do niego to, co przed chwilą się stało. Ręce miał zaciśnięte na kierownicy, a niesforne loki opadały mu na czoło.
         - Harry..
         - Przepraszam cię, Caroline – powiedział tonem nieco głośniejszym niż szept. – Naprawdę, jak mogłem być taki głupi? Louis mówił ,,weź ochroniarza, przecież was tam staranują”, a ja go nie posłuchałem – pokręcił głową i spojrzał prosto w moje oczy. – Wybaczysz mi?
         - Nie ma czego wybaczać, Harry – odpowiedziałam i wybuchłam śmiechem. Nie mogłam opanować się. Czułam na sobie jego zdziwiony wzrok.
         - Śmieszy cię to, ze o mało nas nie zabili?
         Zaprzeczyłam głową szczerząc zęby.
         - Nie, ale dawno tak się nie bawiłam, to było ekstra.
         Jego oczy się powiększyły ze zdziwienia. Chciał coś powiedzieć, ale uciszyłam go gestem dłoni.
         - Dziękuje ci – szepnęłam.
         Chłopak uśmiechnął się widocznie zadowolony z siebie.
         - Cała przyjemność po mojej stronie – powiedział. – A skoro już tu jesteśmy razem, może pójdziemy gdzieś, gdzie na pewno nie zaatakuje nas grupa fanów?
         Spojrzałam na niego zdziwiona.
         - To w ogóle istnieje takie miejsce?
         Chłopak wyszczerzył zęby, dumny z mojej reakcji.
         - A właśnie widzisz.. Znam takie jedno. To co ty na to?
         - Brzmi nieźle – powiedziałam. – A konkretnie to gdzie to jest?
         - Tu – spojrzał na mnie, a później przez okno. Podążyłam za jego wzrokiem.
         - O mój Boże – tylko tyle mogłam wykrztusić, gdy moim oczom ukazał się najpiękniejszy widok na świecie. 



 
         Niebo miało nieokreślony kolor, począwszy od niebieskiego, przez różowy i fioletowy, aż do pomarańczowego. Wielkie półkole, wyglądające jak przecięta na pół pomarańcza, wydawało się być wprost kilka metrów przed nami. Niby zwykły zachód słońca, a jednak był inny. Niesamowity.
         Wyszłam z samochodu, nawet nie czekając aż Harry mi otworzy. Podeszłam bliżej o parę kroków. Rozejrzałam się wokoło. Po lewej stronie drzewa, po prawej stronie jezioro, a na wprost wielka pomarańczowa półkula. Wyciągnęłam rękę przed siebie, jakbym chciała jej dotknąć.
         - Podoba ci się? – usłyszałam lekko zachrypnięty głos za sobą.
         - Niesamowite – odpowiedziałam nadal wpatrując się w słońce otoczone różnymi kolorami nieba.
         Harry stanął bliżej mnie. Spojrzałam na niego. W rękach trzymał koc, który położył na trawie. Gestem wskazał żebym na niego usiadła. Wydawał się być miękki jak łóżko, może to przez trawę. Chłopak usiadł obok mnie. Oboje zwróceni przed siebie, wpatrywaliśmy się w zachód słońca.
         - Czasami przychodziłem tu, by pozbierać myśli – wyznał cicho. – Niezależnie od pory roku czy godziny, te miejsce jest zawsze magiczne.
         Wydawało się, ze jego oczy zaszkliły się. Wpatrywał się pustym wzrokiem w słońce, a ja wiedziałam, ze wspomina. Wspomina to, co tu się kiedyś wydarzyło, a może to o czym tu myślał?
         - Harry – szepnęłam chwytając go za rękę. Chciałam mu jakoś pomóc, ale nie wiedziałam jak. I nie chciałam go pytać, bo wiedziałam, że opowie mi o wszystkim, kiedy będzie gotów.
         Mocniej ścisnęłam jego dłoń, gdy zauważyłam, jak samotna łza spłynęła po jego policzku. Byłam pewna, że zetrze ją grzbietem dłoni. Ale nie zrobił tego. Pozwolił jej skapnąć na nasze połączone dłonie. Poczułam jak razem z nią, spływa z niego smutek. Odwrócił głowę, jakby dopiero teraz poczuł jej słony dotyk na swojej skórze i spojrzał na nasze dłonie, a po chwili na mnie posłał mi słaby uśmiech.
         Moje oczy utknęły w jego hipnotyzujących, zielonych jak liście dębu, tęczówkach.
         - Dziękuję – wyszeptałam. Miałam nadzieję, że zrozumie, ze nie chodzi mi tylko o dzisiejszy dzień.
         Półkole robiło się coraz mniejsze z każdą minutą. Kątem oka spojrzałam na splatane dłonie. A po chwili pochyliłam się nad Harrym i oparłam głowę o jego ramię. Nie odezwał się, tylko pogładził mnie po włosach.
         - Ja też ci dziękuje, Caroline – powiedział niemal bezdźwięcznie, wywołując tym samym delikatny uśmiech na mojej twarzy.

sobota, 16 listopada 2013

Rozdział III ,,Niespodzianka"



Daniel od zawsze był jaki był. Miał swój charakter, był inni niż wszyscy. I właśnie to w nim sprawiło, że złapałam jego dłoń, gdy ją do mnie wciągnął. Jak to się stało, że zostaliśmy przyjaciółmi? Sama nie wiem. Może przyczyniło się do tego to, że oboje byliśmy jedynakami, pozbawieni rodziców, zdani sami na siebie. Poznałam go, gdy byłam dzieckiem. A to raczej on poznał mnie. W chwili, gdy najbardziej kogoś potrzebowałam, zjawił się on. Daniel Owen, mój najlepszy przyjaciel od dwunastu lat.
         Wiedziałam, ze jest trochę nadopiekuńczy, ale jego zachowanie w stosunku do Harry’ego było po prostu nie fair. Nie wiedziałam co jest tego powodem, ale na pewno nie fakt, że przypadkiem przez chłopaka dostałam wstrząs mózgu. Coś za tym musiało się kryć.
         Kiedy Harry opuścił salę, w której leżałam, mówiąc, że zadzwoni, lekko mnie zatkało. Nie chodzi już o Daniela, który spojrzał po tym na mnie wymownie, ale przecież brunet a) nie miał mojego numeru b) praktycznie nie znaliśmy się.
         - Gdzie jest Brian? - zapytałam po długiej ciszy między naszą czwórką. Chłopcy zawsze trzymali się razem, no może Daniel spędzał więcej czasu ze mną niż z nimi, ale Dominic, Tom i Brian byli praktycznie nierozłączni.
           Spojrzałam na Daniela, któremu złość malowała się ma twarzy. Nie był zbyt chętny udzielenia mi odpowiedzi, więc wywracając oczy, posłałam Nickowi pytający wzrok.
         - Szczerze sam nie mam pojęcia - powiedział wzruszając ramionami. -  Był tu zanim się wybudzałaś, ale później znikł.
         Fuknęłam gwałtownie zmieniając pozycję na leżącą. Katem oka zobaczyłam jak Daniel wpatruje się pustym wzrokiem w moje ciemnoblond włosy rozkładające się na poduszce. Bawił się swoimi palcami. Dominic i Tommy stali za nim błądząc wzrokiem to na mnie, to na blondyna.
         - Macie już kogoś na zastępstwo? -  zapytałam, mając nadzieję, że jeszcze nie znaleźli mojego zastępcy. Nie bardzo chciałam, żeby ktoś zajmował moje miejsce w drużynie, chociaż wiedziałam, że na miesiąc musi to nastąpić.
         - Pytaliśmy się Rogera Wooda, ale nie bardzo był chętny po ostatnim zastępstwie Nicka - zaśmiał się Tom spoglądając na przyjaciela.
           O tak, pamiętałam te dwa miesiące, gdy Dominic złamał rękę, a za niego wystąpił Roger. Był dobry w kosza, współpracował z całą drużyną, ale niestety nie był przyzwyczajony do faulów. Skończyło się, że jego noga była cała w siniakach, przez co sam nie potrafił chodzić przez kilka dni.
         - Chyba zorganizujemy jakiś casting - odezwał się Daniel, szorstkim tonem, który przyprawiał mnie o dreszcze,.
           Oboje mieliśmy podobny kolor tęczówek - ciepły niebieski. Ale teraz jego barwa stała się o kilka tonów jaśniejsza. I gdy spojrzał prosto w moje oczy, zimnymi, kolejny dreszcz przeszedł wzdłuż mojego kręgosłupa.
         - Myślę, ze to dobry pomysł - usłyszałam głos Tommy’iego, który był aktualne zupełnym przeciwieństwem tonu Daniela.
           - Nie chce was martwić - szepnął Dominic. - Ale następny mecz rozgrywamy za tydzień. A sami wiecie ile zajmuje nauczenie się wszystkich naszych trików.
           Tom pokiwał głową na jego słowa. Daniel odrywając wzrok od moich oczy, tak gwałtownie stanął z łóżka, że aż podskoczyłam. Promienie słoneczne wchodzące przez okno oświetlały jego twarz. Była poważna i lekko zdezorientowana, a jego włosy wydawały się kilka tonów jaśniejsze.
         - W takim razie nie mamy czasu do stracenia - powiedział. Machnął ręką w stronę chłopaków, w geście przywołania ich, po czym spojrzał na mnie. - To cześć, Caroline - szepnął, bez żadnych emocji i opuścił salę, nie szczędząc głośnego trzaśnięcia drzwiami.
         Westchnęłam obracając twarz w stronę okna.
         - Nie martw się, Caro, przejdzie mu - usłyszałam cichu głos Nicka, a po chwili  poczułam jego rękę na moim ramieniu. Wiedziałam, ze mu przejdzie, pytanie brzmiało: kiedy. I w ogóle o co się złości na mnie? Przecież nic mu nie zrobiłam.
         W odpowiedzi słabo uśmiechnęłam się do niego.
         - Idźcie, pewnie czeka na was - szepnęłam.
         Oboje skinęli głowami i ruszyli w stronę, gdzie przed chwilą zniknął blondyn, mrucząc coś na pożegnanie. Gdy już zostałam sama w sali, podpierając się na łokciach i przerzucając na nie swój ciężar, wydostałam się z łóżka. Na szczęście nie byłam podłączona do jakiś rur, bo szczerze nie przepadałam za różnymi igłami i tego typu. Spojrzałam na żółte tulipany, pozostawione przez Harry'ego i uśmiechnęłam się do siebie. Zjechałam w duł i zauważyłam torbę pod szafką nocną. Z ciekawości zajrzałam do środka. Były tam schludnie poukładane ubrania. Kąciki moich ust powędrowały do góry, pewnie Daniel je przywiózł. Pogrzebałam głębiej i wyciągnęłam bieliznę. Moje policzki zalał róż na sama myśl, że mój przyjaciel grzebał mi w bieliźnie. Znalazłam tez ręcznik, żel, szczoteczkę do zębów i te wszystkie drobiazgi. Wzięłam je i ruszyłam w stronę łazienki.
         Wzięłam szybki prysznic, uwielbiałam, gdy ciepła woda obmywała mój ciało. Owinęłam się ręcznikiem i zaczęłam szorować zęby. Gdy skończyłam musiałam założyć ponownie bandaż na głowę, który zdjęłam przed kąpielą. Ubrałam łososiową bluzę, która sięgała mi przed kolana. Spojrzałam w lustro: moje ciemnoblond, długie włosy były w wielkim nieładzie, zasłaniając po bokach bandaż. Niebieskie oczy lekko podkrążone, chociaż z tego co słyszałam, spałam na prawdę długo. Chwyciłam za frotkę znajdującą się na moim nadgarstku i spięłam nią włosy w niechlujnego koka.
         Wyszłam z łazienki podążając korytarzem do swojej sali. Ułożyłam się na łóżku przykrywając szczelnie pościelą, gdyż w pokoju było dość chłodno. Zamknęłam oczy, wiedząc, ze i tak nie zasnę. Ale chciałam spróbować, żeby jak najbardziej skrócić pobyt w szpitalu. Właśnie, zapomniałam się zapytać jak długo miałam jeszcze tu zostać. Starałam się nie myśleć o niczym, tylko zamknąć przed sobą umysł i odpłynąć do krainy snów. Mijały minuty, a moje staranie nie zostały jakkolwiek wysłuchane. Podniosłam się do pozycji siedzącej i chwyciłam leżącą na szafce nocnej książkę. Nie patrząc nawet na tytuł otwarłam ją i zaczęłam czytać prolog. Nie trwało to jednak długo, gdyż z zamyśleń wyrwał mnie odgłos wibracji.
         Gwałtownie podniosłam się z łóżka i zaczęłam szukać urządzenia wydającego ten dźwięk, spadając przy tym prawie z łóżka. Przegrzebałam całą torbę i szuflady w szafce, ale nigdy nie znalazłam swojego telefonu. Wibracje umilkły, a ja nadal bawiłam się w chowanego z urządzeniem.
         - Cholera – mruknęłam, kiedy zobaczyłam go pod łóżkiem. Włożyłam tam swoją dłoń i zaczęłam macać po podłodze palcami, gdy wreszcie poczułam prostokątny kształt i wyjęłam telefon. Odblokowałam ekran i nacisnęłam na wiadomości. Moim oczom ukazał się nieznany mi numer. 




         Gapiłam się na telefon z otwartymi ustami i rozszerzonymi oczami. Przeczytałam wiadomość kilkakrotnie, zanim ekranik nie zrobił się czarny, a sens zdań nie przetoczył się do mojego mózgu. Zaczęły mnie zastanawiać dwa fakty. 1. Skąd Harry miał mój numer? 2. Naprawdę myślał, ze się z nim spotkam, mimo, że się praktycznie nie znamy?
         Fakt pierwszy trochę mnie przeraził i dopiero, gdy zaczęłam się nad nim zastanawiać, zdałam sobie sprawę, ze chłopak wychodząc z moje sali powiedział, że zadzwoni do mnie. Wtuliłam twarz do poduszki zagłębiając się w tym rozważaniu. Myślałam o Harry, Danielu, castingu i drużynie, gdy odpłynęłam.

*
         Obudziło mnie pukanie do drzwi. Powoli otworzyłam oczy i wymamrotałam ,,proszę”, gdy do sali wszedł lekarz. Mógł mieć najwyżej trzydzieści lat, był niski, miał ciemne oczy i włosy. Spojrzał na mnie, po czym na stos papieru trzymających w ręce.
         - Caroline Flower – powiedział niskim głosem przybliżając się. – Jestem David Plumber, lekarz prowadzący. Jak wiesz masz wstrząs mózgu. Jest na szczęście lekki i nie zagraża twojemu zdrowiu. Stwierdziłem, ze nie ma sensu trzymać cię w szpitalu, więcej niż tego wymagasz.
         Spojrzałam na niego podpierając się na łokciach.
         - Więc kiedy wychodzę?
         - Jutro – powiedział, drapiąc się po brodzie. – Musisz tylko tu podpisać.    
         Podał mi kilka z papierów pokazując długopisem miejsce. Podpisałam się tam i oddałam mu długopis. Dr Plumber posłał mi nikły śmiech, po czym obracając się na piecie wyszedł z pokoju.
         Spojrzałam na zegarek. Była 11;15. Jednak szpital miał swojego plusa – mogłam spać tak długo jak chciałam. Zabrałam czyste rzeczy z torby i ruszyłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic i wyczyściłam zęby. Wyglądałam o wiele lepiej niż wczoraj. Może dzięki temu, że moje włosy układały się teraz w delikatne fale, a oczy przestały być podkrążone. Ubrałam zwykłe jeansy i biały T-shirt z nadrukiem. Chwyciłam telefon, nie móc powstrzymać się od zrobienia zdjęcia ,,z szpitala”. 




         Spojrzałam na bandaż, który trzymałam w ręce. Zamiast owinąć go sobie wokół czoła, zgrabnym ruchem wrzuciłam go do kosza. Wróciłam do sali. Założyłam słuchawki, położyłam się na łóżku i odpłynęłam w świat muzyki.

*
         Ocknęłam się dopiero, gdy drzwi szeroko się otworzyły i stanęła w nich niziutka, pucha kobieta w białym fartuchu. Ciągnęła za sobą coś, co przypominało wózek.
         - Obiad, złotko – powiedziała, chwytając w dłonie głęboki talerz. Uśmiechnęła się przyjaźnie i postawiła jedzenie na szafce nocnej przed wazonem z tulipanami. – Smacznego – mruknęła, chwytając wózek i znikając za drzwiami.
         Specyficzny zapach trafił do moich nozdrzy budząc we mnie uczucie głodu. Usiadłam, bosymi nogami dotykając zimnych płytek. Spojrzałam na głęboki talerz. Zapełniała go pomarańczowa ciecz, z dużą ilością ‘oczek’ powstających w wyniku tłuszczu. Zmarszczyłam brwi i zamieszałam ciecz łyżką. Tak jak myślałam, dostałam znienawidzoną przeze mnie zupę pomidorową. Zmarszczyłam brwi i odsunęłam się od obiady. Uczucie głodu nie dało mi spokoju, wiec chwyciłam łyżkę, zamaczając ją w zupie. Do mich ust trafił smak ciepłego ryżu i wielu przypraw. Skrzywiłam się. Nie chodziło o to, ze zupa była nie dobra. Po prostu nie lubiłam zbyt wielkiej ilości przypraw, a zupy pomidorowe zawsze stanowiły mojego największego wroga.
         Odsunęłam od siebie gorący talerz. No cóż, trzeba będzie wytrzymać jakoś do kolacji, pomyślałam.
         Nagle usłyszałam pukanie do drzwi, które delikatnie się otworzyły.
         - Można? – usłyszałam męski głos.
         Odpowiedziałam ciche „tak”. Do sali wszedł wysoki chłopak z burzą ciemnych loków na głowie.
         - Oh Harry, cześć – rzuciłam. Chłopak uśmiechnął się do mnie, pokazując dołeczki w policzkach.
         - Gotowa? – zapytał szczerząc zęby.
         Rzuciłam mu pytające spojrzenie.
         - Gotowa? Na co?
         I nagle przypomniałam sobie o jego wczorajszym SMS-sie. Kompletnie o tym zapomniałam. Spojrzałam na niego przepraszających wzrokiem.
         - Przepraszam Harry, wypadło mi to z głowy..
         - Nic nie szkodzi – powiedział, a jego uśmiech nadal nie schodził z twarzy. – Poczekam na ciebie.
         Spojrzałam na niego katem oka. Miał no sobie czarny T-shirt, na który narzucił koszulę w kratkę i tego samego koloru spodnie.
         - Nie, nie musisz – szepnęłam i spojrzałam na zupę pomidorową. – Chyba mogę tak iść.
         Stanęłam. Nadal byłam ubrana w jeansy i biały T-shirt. Harry zilustrował mnie od stóp do głow.
         - Wyglądasz pięknie – powiedział.
         Rzuciłam mu szybkie ,,dziękuje”. Chwyciłam torbę i ruszyłam w jego kierunku. Szliśmy powoli, przez biały korytarz, mijając pielęgniarki, lekarzy i pacjentów. Nie lubię szpitali, pomyślałam. Mimo, ze personel był miły, to miejsce kojarzyło się z wieloma wypadkami i cierpieniem. Chociaż z drugiej strony i z nadzieją.
         - To gdzie idziemy? – zapytałam.
         Odpowiedział mi tajemniczy uśmiech chłopaka.
         - To niespodzianka – szepnął, otwierając mi drzwi z szpitala i puszczając przodem. 


---------------
Hej :) Przepraszam, że długo czekaliście na tej rozdział. Następny pojawi się dużo, dużo wcześniej niż ten.  Dziękuje za każdy pozostawiony komentarz! xx